Miałem stabilny portfel akcji spółek dywidendowych. Nic spektakularnego, ale przynosił regularny dochód.
W marcu 2022 roku ekspert z telewizji biznesowej przekonywał, że nadchodzi recesja i trzeba przenieść kapitał w obligacje. Posłuchałem. Sprzedałem pakiet za osiemdziesiąt jeden tysięcy złotych. Kupiłem obligacje skarbowe na dziesięć lat.
Korzyści z działania
Przez pierwsze miesiące czułem spokój. Obligacje nie spadały w wartości tak gwałtownie jak akcje. Oprocentowanie było stałe i przewidywalne. Nie musiałem analizować raportów kwartalnych ani śledzić wyników spółek. Miałem gotową narrację: zrobiłem mądry ruch obronny.
Rzeczywiste konsekwencje
Akcje odbiły się po jedenastu miesiącach. Mój poprzedni portfel byłby teraz wart sto sześć tysięcy. Tymczasem obligacje przyniosły mi cztery tysiące odsetek.
Różnica: dwadzieścia jeden tysięcy straconych z powodu jednej decyzji opartej na cudzej opinii, nie własnej analizie.
We wrześniu inny ekspert mówił, że trzeba wracać w akcje. Znowu posłuchałem. Sprzedałem obligacje ze stratą, bo ich wartość rynkowa spadła przez wzrost stóp procentowych. Kupiłem akcje technologiczne, które następnie spadły o osiemnaście procent w trzy miesiące.
Schemat powtarzał się
Za każdym razem ktoś w telewizji przedstawiał przekonującą argumentację. Za każdym razem dostosowywałem strategię do tej narracji. Za każdym razem traciłem czas i pieniądze.
Najwięcej boli świadomość, że koncepcja inwestycje dla początkujących - kupuj i trzymaj przez lata - była właściwa. Ja ją zignorowałem, bo chciałem być sprytniejszy od rynku. Teraz wiem, że prognozy są tanie, a błędy w decyzjach kosztują konkretne kwoty.