Kupiłem akcje spółki przemysłowej za trzydzieści dwa złote. Fundamenty wyglądały solidnie: dobre marże, stabilne przychody, niska wycena.
Po miesiącu kurs spadł do dwudziestu ośmiu. Dokładałem kapitał, żeby obniżyć średnią cenę. To miała być klasyczna strategia wartościowa - kupujesz więcej, gdy rynek daje okazję.
Pozytywne aspekty podejścia
Miałem jasny plan matematyczny. Każde dokupienie obniżało moją średnią cenę zakupu. Zbierałem coraz większy pakiet akcji po niższych poziomach. Czułem, że wykorzystuję panikę innych inwestorów. Strategia ta jest zalecana w wielu materiałach o tym, jak działają inwestycje dla początkujących oparte na wartości fundamentalnej.
Skutki których nie uwzględniłem
Kurs spadł do dwudziestu dwóch złotych. Dokupowałem. Potem do osiemnastu. Znowu dokupowałem. W spółce rozpoczęło się postępowanie restrukturyzacyjne. Problem nie był w wycenie - problem był w samym biznesie.
Przez rok wrzuciłem w te akcje sześćdziesiąt tysięcy złotych. Dzisiaj pakiet jest wart dwadzieścia osiem tysięcy.
Czego mi brakowało
Nie ustaliłem maksymalnej kwoty, którą jestem gotów zainwestować w jedną pozycję. Nie określiłem punktu, w którym przyznam, że analiza była błędna. Nie weryfikowałem na bieżąco fundamentów - tylko patrzyłem na wykres i dokładałem kapitał.
Najbardziej boli fakt, że przez rok mogłem lokować te pieniądze gdzie indziej. Indeks szerokiego rynku urósł w tym czasie o dwadzieścia trzy procent. Ja straciłem ponad połowę kapitału, przekonany że robię coś mądrego.
Dziś stosuję limit: maksymalnie piętnaście procent portfela w jednej spółce. Dokupuję tylko raz, po czym czekam pół roku na weryfikację tezy. To nie tak efektowne jak wcześniejsza strategia, ale przynajmniej nie rujnuje kapitału.